Gazeta Wyborcza"Faceci w maskach"
Gazeta Wyborcza - Renata Czeladko 02-04-2002

 

REPORTAŻ. Wolontariat pod wodą, czyli lekcje pływania dla dzieci

Fot. Grzegorz Skowronek - fot 1

Najpierw na powierzchni wody ma się pojawić łokieć. Dopiero za nim cała ręka. Kolana mają być proste, a stopy tworzyć jedną linię z podudziem - tłumaczy Marcin Kuźnicki, stojąc na brzegu basenu.

Kilkoro dzieci zanurzonych po pas w wodzie z uwagą słucha, jak pływa się kraulem. Po chwili każde z nich rękami i stopami, chlupiąc, przekuwa teorię w praktykę. Kamil Klimczak obserwuje ich ruchy. Gdy trzeba, podtrzymuje w wodzie. W drugim końcu basenu Marek Balt rozdaje innej grupie małolatów kolorowe maski płetwonurków i żółte płetwy. Dzieci zatykają nosy i znikają pod wodą. Wynurzają się koło Pawła Zasępy. Pokaże im, jak wydmuchiwać wodę z rurki. - Potem nabierać powietrze do płuc musimy ostrożnie, żeby się nie zachłysnąć wodą, która może jeszcze pozostała w środku - ostrzega.

Nauka pływania z elementami nurkowania na basenie przy Szkole Podstawowej nr 2 trwa od września. W każdą sobotę na 45 minut wskakują do wody dzieci ze szkół podstawowych 2, 48, 50, 54 oraz z gimnazjów 1, 2, 3. Zgłosili je do zajęć szkolni pedagodzy. Wybrali te, które - gdyby nie basen - pewnie nudziłyby się na podwórku.

Marcin Kuźnicki - Fot. Grzegorz Skowronek - fot 2

Tej trzydziestce dzieciaków co sobotę Marcin, Kamil, Marek i Paweł poświęcają dobrowolnie i bezpłatnie swój czas. Ci czterej poznali się dzięki swojej pasji - nurkowaniu. Zobowiązali się wykorzystać ją dla innych. - Bo nie jesteśmy normalni. Nie chcemy zatracić tego poczucia, jak to jest zrobić coś bezinteresownie dla drugiego człowieka - mówią.

Marek

Gdy był dzieckiem, prawie by się utopił w gliniance na Stradomiu. Brat wyciągnął go z wody za włosy. Dla odmiany w podstawówce Marek ratował swojego kolegę, który zachłysnął się wodą i zaczął tonąć w Konopce. W szkole średniej, gdy trenował skoki, uderzył się przy wykonywaniu salta kolanami w brodę. Ocknął się nieprzytomny na dnie basenu. Nie przestraszył się. Przeciwnie, zawsze go coś ciągnęło do podwodnego świata. Zaczął nurkować.

Dziś przepłynie 50 metrów pod wodą bez butli tlenowej. Ma 28 lat. Długie włosy wiąże w kucyka. Należy do sekcji płetwonurków działającej przy Politechnice Częstochowskiej - Orka.

Mówi o sobie, że jest optymistą i nie potrafi usiedzieć bezczynnie w domu. Zarządzanie na Politechnice skończył zaocznie ze średnią 4,67. Od dziesięciu lat pracuje w Hucie Częstochowa. Obecnie na cztery zmiany jako operator instalacji ciągłego odlewania stali, czyli obsługuje pięć komputerów, które kontrolują wytop. Od niedawna jest sekretarzem generalnym Organizacji na rzecz Połączenia z Unią Europejską ProEuropa w Warszawie. - Chcę być inny. Robić coś, co mnie wyróżni. Co budzi szacunek u innych, ale też do samego siebie. Mieć świadomość, że robię coś, co nie jest często spotykane - mówi.

Fot. Grzegorz Skowronek - fot 3

Być może dlatego w czasie treningu płetwonurków na basenie przy Niepodległości wpadł na pomysł, że warto by jakoś spożytkować swoje umiejętności pływaka i nurka. Pomysłem podzielił się z częstochowskim radnym, działającym w dzielnicy Północ. Radny zaproponował, żeby zająć się pracą z dziećmi, które nie mają alternatywy spędzenia wolnego czasu. Pomógł załatwić dotację z Urzędu Miasta - 15 tys. zł na zakup masek, płetw, okularów... Potrzebna była kadra: wyszkoleni instruktorzy i ratownicy. Pogadał z chłopakami. Sam jest ratownikiem. Konieczni byli jeszcze instruktorzy płetwonurkowania. Tacy jak...

Marcin

- Człowiek jest tyle wart, ile zrobił dla drugiego, a dobro zawsze wraca. Sprawdziłem to - tłumaczy, czemu chce mu się zajmować cudzymi dziećmi. - Są momenty słabości, ale nigdy nie aż takie, żeby nie przyjść - przyznaje. - A jaka jest satysfakcja po zajęciach, że się coś zrobiło bezinteresownie! I można przy goleniu spokojnie patrzeć w lustro - śmieje się.

Ma 32 lata, żonę i jedenastoletniego syna. Jest absolwentem wychowania fizycznego częstochowskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej. - To, czego się nauczyłem na studiach, ułatwia mi teraz pracę na basenie - mówi.

Fot. Grzegorz Skowronek - fot 4

Sam był w pewnym stopniu nurkiem samoukiem. Zaczęło się od wypadów na Bałtyk na Lisińcu. Kusiły tamtejsze zbiorniki i glinianki. Marcin chciał sprawdzić, co w sobie kryją. Czytał książki o nurkowaniu. Z nich dowiedział się, jakie jest tego niebezpieczeństwo: urazy ciśnieniowe uszu, zatok, płuc...

Zafascynowanie światem podwodnym było silniejsze od strachu. - Zawsze ciągnęło mnie pod wodę. Pływać umiałem w wieku siedmiu lat. Pamiętam kamień w jednym z mazurskich jezior. Był do połowy zanurzony. Tak długo go obserwowałem, że sinego wyciągali mnie z jeziora - opowiada.

Książkowa wiedza przydała się. Na wojskowym kursie dla kandydatów do desantu był jednym z najlepszych. Dostanie się na szkolenie dla wojskowych było wówczas jedyną dla ucznia szkoły średniej możliwością nauczenia się nurkowania. Teraz szkoli innych w Centrum Nurkowania Nautilius, organizuje wyprawy nurkowe na cały świat. Z tego się utrzymuje. W Oceanie Indyjskim spotkał się kiedyś oko w oko z barakudą. - To ryba groźniejsza od rekina. Zacząłem wypuszczać powietrze, barakuda przestraszyła się bąbelków i uciekła - mówi. Ale pływał też wśród rekinów. Twierdzi, że to one bardziej się go bały. - Nurek hałasuje i ma dużo błyszczących rzeczy, które straszą ryby - wyjaśnia.

Paweł Zasępa - Fot. Grzegorz Skowronek - fot 5

Marcin jest instruktorem (także nurkowania w suchych kombinezonach; zwyczajne kostiumy nurków przepuszczają wodę, w suchych trzeba umiejętnie operować powietrzem), nurkiem zawodowym, kierownikiem robót nurkowych, ma uprawnienia do nurkowania wrakomorskiego i podlodowego.

Należy do Ochotniczej Straży Pożarnej przy Centralnej Szkole PSP. Dwanaście razy wyławiał topielców. - To trudne zadanie. Wody, w których się szuka zwłok, są przeważnie bardzo mętne. Nic nie widać. Bada się przestrzeń wyciągniętymi przed siebie rękami. Nie jest to miłe przeżycie. Ale gdy uda mi się odnaleźć ciało, cieszę się, bo jakaś rodzina na nie czekała - wyjaśnia.

Kiedy Marcin zaczynał nurkować w zbiornikach na Bałtyku, woda przyciągnęła tam takiego samego zapaleńca jak on. Podziwiał sprzęt do nurkowania nowo poznanego kolegi. Wtedy chciał być taki, jak spotkany nad wodą...

Paweł

W tych dzieciach widzi siebie. - W ich wieku chciałem nurkować. Byłem trochę jak one. W szkole zdarzały się problemy wychowawcze - mówi.

Ma 47 lat. Twierdzi, że pomaganie jest wpisane w to, co robi na co dzień. Pełni funkcję komendanta Państwowej Straży Pożarnej w Gliwicach. Do domu w Częstochowie wraca około godz. 18. Żona Maria nie jest ani trochę zazdrosna o sobotnie wypady na zajęcia. Tym bardziej że: - Córka i syn są już dorośli. Chciałem znów zobaczyć, jak to wygląda zajmować się takimi nastolatkami i poczuć, jak to jest być dzieckiem - tłumaczy Paweł.

Pływać uczył go tata, ciągnąc chłopca po wodzie na pasku. Samodzielnie pływał dopiero w czwartej klasie podstawówki. Za to już w siódmej był mistrzem szkoły, w ósmej - Częstochowy. W szkole średniej na mistrzostwach Śląska wskoczył do basenu, zanim dano do tego sygnał. Tym falstartem zakończył karierę pływaka. Ale woda nie przestawała mu towarzyszyć. Równie jak ona, pociągały go mundur i dyscyplina. Dlatego znalazł się w Wyższej Oficerskiej Szkole Pożarniczej w Warszawie. Wówczas skończył kurs ratowników wodnych. O nurkowaniu na poważnie pomyślał, gdy znalazł się w nocy na dnie mazurskiego jeziora. - W latach 80. nadzorowałem bezpieczeństwo przeciwpożarowe w obiektach uczelnianych na terenie dawnego opolskiego, katowickiego, kieleckiego, częstochowskiego. Siedzibę miałem w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Częstochowie. Prężnie działała akademicka sekcja płetwonurków. Razem z nimi pojechałem nad jeziora. Gdy nurkowałem w dzień, nic specjalnego. Ale nocą na dnie spotykało się śpiące ryby. Można było im dać prztyczka w nos i popłynąć dalej - opowiada.

Fot. Grzegorz Skowronek - fot 6

Pierwszy kostium nurka sam wykroił sobie z gumy i skleił. Żeby go nakładać, trzeba było dobrze natrzeć się mydłem. Paweł był dobrym pływakiem, więc szybko zdobywał kolejne stopnie w płetwonurkowaniu, aż do instruktora. Czasem bywało niebezpiecznie. - Raz na 32. metrze głębokości spadł mi pas balastowy. Zacząłem raptownie się wynurzać. Za szybkie wydostanie się z takiej głębokości grozi popękaniem pęcherzyków płucnych. Na szczęście do tego nie doszło. W innej niebezpiecznej sytuacji sam pozbyłem się balastu. W jeziorze Hańcza na 20. metrze nagle zabrakło mi powietrza. Nie wiedziałem, co się dzieje. Na brzegu zorientowałam się, że nie odkręciłem butli - mówi.

Umiejętności nurka wykorzystywał w służeniu innym: ma na swoim koncie stworzenie kilku sekcji ratownictwa wodno-nurkowego przy jednostkach straży pożarnej. Dwa lata temu wstąpił do Orki, żeby tam "zarażać" nurkowaniem takich młodych ludzi jak...

Kamil

W dzieciństwie podziwiał swojego kuzyna - płetwonurka z marynarki wojennej. Zawsze go korciło, żeby zobaczyć świat ukryty pod wodą. Ale pływać Kamil zaczął z bardziej prozaicznego powodu. Miał skrzywienie kręgosłupa i lekarz zalecił basen. - Nie wiem, czy pływanie pomogło na kręgosłup, ale dziś jestem ratownikiem - mówi. Jeszcze nie miał okazji sprawdzić swoich umiejętności i zarzeka, że: "oby tak dalej".

Fot. Grzegorz Skowronek - fot 7

Ma 25 lat. Jest studentem piątego roku mechaniki na Politechnice Częstochowskiej. Mieszka w Olkuszu. Choć tam spędza weekendy, co sobotę rano wsiada w pociąg i jedzie do Częstochowy na zajęcia w "dwójce".

Należy do Orki. Ma już za sobą pierwsze nurkowania. Nie myśli o sobie "wolontariusz". - Sam siebie sprawdzam. Gdy widzę, że potrafię przekazać komuś swoją wiedzę, nauczyć tego, co ja umiem, mam satysfakcję - wyjaśnia.

Gdy na pierwszych zajęciach zobaczył grupę dzieci, które interesowało wszystko prócz słuchania tego, co się do nich mówi, wiedział, że będzie ciężko. - Nie umiały ustawić się na zbiórce, jedne gadały, inne skakały do wody, jeszcze inne chciały od razu zakładać maski - wspomina początkowy rozgardiasz.

Jemu przypadła jedenastka, która w ogóle nie umiała pływać. Dziś jeszcze tylko jeden chłopiec obawia się wody. - Trzeba im pozwolić zobaczyć, że coś się robi tylko dla nich i to one są najważniejsze. Wtedy chętnie wykonują polecania - radzi.

Dzieci na zajęcia przychodzą dobrowolnie. A raz zdarzyło się, że jedna z matek osobiście usprawiedliwiała nieobecność chorego chłopca. - Widać, że to, co robimy, wywołało jakieś zainteresowanie wśród rodziców, że są ciekawi, co się dzieje. Dla takich momentów warto poświęcić swój czas. Czy to coś dziwnego? - pyta.

Fot. Grzegorz Skowronek - fot 8

Marzenia do spełnienia

Marek: - Nurkowanie na wielkiej rafie. Można tam zobaczyć najciekawsze rzeczy na świecie: olbrzymie płaszczki, rekiny, koralowce...

Paweł: - Chciałbym opłynąć pod wodą świat...

Marcin: - Zanurkować na którymś z biegunów. Tam jest największa przejrzystość wody. Popływać z morsami, wielorybami, pingwinami...

Kamil: - Uczyć innych nurkować i obchodzić się z wodą tak, żeby nie robili sobie krzywdy...

Marcin z Gimnazjum nr 22: - Zakosztować przygody. Po to uczę się nurkowania. Myślę o pływaniu w ciepłych morzach. Uda mi się. Bo coraz dłużej potrafię przebywać pod wodą...

Monika z SP 48: - Kocham wodę. Chcę zostać nurkiem. To ktoś, kto zwiedza kolorowe dno. Widzi ryby pod wodą. Marzę, żeby zanurkować w Wenecji. Do tego trzeba mieć dużą pojemność płuc, a ja ją mam...

Karolina z SP 48: - Lubię przychodzić na basen. Swobodnie się tu czuję. Już wcześniej chciałam być płetwonurkiem. Ale tu nauczyłam się skakać na główkę. Wypuszczać z rurki powietrze...

Kasia z SP 48: - Nie umiałam pływać. Teraz już nawet umiem nurkować w masce. Chciałabym pojechać nad morze. Obojętnie, jakie...

N


powrót do spisu artykułów -->