Gazeta Wyborcza"Morze Widziane Od Dołu"
Gazeta Wyborcza - Tadeusz Piersiak 02-03-01-1999

 

JAK CZĘSTOCHOWIANIE W AFRYCE PŁYWALI

TURYSTYKA

Wrak leżał przechylony, zdeformowany, ogromny, jak statek jakiejś obcej cywilizacji. I do tego lokomotywa na dnie morza, gotowa do odjazdu. Obraz zupełnie absurdalny - opowiada Michał Szymczyk, który nurkował w Morzu Czerwonym.

Centrum Nurkowe Nautilus Częstochowa - Morze Czerwone 1999

Na nurkujących w Morzu Czerwonym czekają niezwykłe widoki

W październiku Michał Szymczyk odebrał I nagrodę festiwalu foto-filmowego, organizowanego przez Muzeum Przyrodnicze Wydziału Biologii i Nauk o Ziemi Uniwersytetu im. M. Kopernika w Toruniu. Jego film "Inna przestrzeń" zwyciężył w kategorii filmów podwodnych. Zdjęcia do niego powstały podczas ubiegłorocznej wyprawy nad północną część Morza Czerwonego.

Jak skok ze spadochronem

Opowieść o tej podróży należałoby jednak rozpocząć od roku 1995. Podwodna przygoda Michała Szymczyka zaczęła się od... strachu. Wypoczywał w Afryce. Na plaży przyglądał się ludziom w akwalungach schodzącym do wody. Postanowił sam spróbować.

- Zapytałem jednego z instruktorów o możliwość nauczenia się podwodnego pływania - opowiada. - Ten powiedział: nie ma problemu. Trzy godziny nauki i wchodzimy na głęboką wodę. Nie ma takich zwierząt - pomyślałem. Nie można nauczyć się kontaktu z żywiołem w trzy godziny.

Jednak raz powzięty zamiar nie opuszczał go. Przypadek, może los, skierował go w Częstochowie do sklepu ze sprzętem do nurkowania. Tam spotkał Marcina Kuźnickiego, instruktora światowej organizacji płetwonurków CMAS i sekcji płetwonurków Ochotniczej Straży Pożarnej w Częstochowie. Ten zachęcił go do systematycznej nauki.

Najpierw były zajęcia na basenie. - Pierwsze momenty zapamiętam do końca życia - mówi Szymczyk. - Włożenie ustnika, zanurzenie głowy pod wodę i naturalny obronny odruch, lęk. Później pierwsze nurkowanie: jak skok ze spadochronem. Pamięta się jedynie emocje, żadnych szczegółów. Wreszcie pierwsze świadome wrażenia. Po zejściu do wody wszystko zostaje na powierzchni, żadnych kłopotów i emocji nie przenosi się pod wodę, jest tylko pływanie.

Po zaprawie pod dachem i w wodach okolic Częstochowy członkowie sekcji wybrali się do Chorwacji. Wyprawa pozwoliła płetwonurkom rozsmakować się w ciepłych wodach. Zaplanowali więc podróż jeszcze bardziej odległą. Wybrali Morze Czerwone. Ze względu na wysokie koszty pojechało ich sześciu. Był maj 1997 roku, początek równikowego lata.

Morze we krwi

Najpierw lot nad Saharą. Za oknem wielka piaskownica: od horyzontu po horyzont. Nagle pojawia się dolina Nilu i z 10 tys. metrów widać piramidy.

Na bazę wybrali port Hurghode w Egipcie. Jeszcze niedawno była to mała rybacka wioska. Teraz zmieniła się w ośrodek turystyczny. W Egipcie są setki, jeśli nie tysiące firm specjalizujących się w obsłudze nurków. Prowadzą je Niemcy, Francuzi, Anglicy. Częstochowianie wybrali firmę egipską. Jak się później okazało, decyzja była trafna, choć Europejczycy pewnie świadczyli usługi o wyższym standardzie technicznym.

- Jacht Egipcjan nie posiadał nowoczesnego sprzętu nawigacyjnego - mówi Michał Szymczyk - ale jego kapitan miał te morza we krwi. Bez przyrządów potrafił ustawić łódź bezpośrednio nad interesującą nas rafą, wrakiem. Schodziło się w dół jak po sznurku. Załoga była uczynna, a przewodnicy znali wszystkie podwodne zakątki. Poza tym byli sympatycznymi kompanami. Egipcjanie są skorzy do zabawy. A jeśli nic się nie działo, zamykali oczy i zapadali w senny letarg.

Mieli także jedną wadę - okazali się fatalnymi kucharzami. Częstochowianie poprzestawali więc na rybie i ryżu. Dojadali w hotelu.

Centrum Nurkowe Nautilus Częstochowa - Morze Czerwone 1999

Michał Szymczyk jest absolwentem łódzkiej "filmówki". - Pod wodą jest się
operatorem, realizatorem i nurkiem jednocześnie. To straszna praca - ocenia

Podwodni cudotwórcy

Hotele pełne były Japończyków, Niemców, obywateli państw dawnego ZSRR.

- Był wśród nich Vadim: komandos z oddziałów specjalnych, który wypływał z nami na nurkowania - opowiada Szymczyk. - Niesamowicie sprawny. Coraz to czymś zaskakiwał. Kiedyś leżał sobie na pokładzie, z zamkniętymi oczyma. Dowcipny Arab chciał złapać go za nos. Vadim nawet oczu nie otworzył, dziwnym wężowym ruchem ręki złapał go palcami pod brodę i... Arab zupełnie zesztywniał.

Lato w Afryce jest bardzo upalne - 60 stopni Celsjusza przy asfalcie. Jeśli płetwonurkowie byli na lądzie i wychodzili zwiedzać miasto, robili to etapami. Chwila spaceru i azyl w klimatyzowanym hotelu czy sklepie. Najprzyjemniej było na morzu. Przez 10 dni po noclegu w hotelu wypływali na nurkowanie, codziennie w inne miejsce. Raz mieli safari: trzy doby non stop na jachcie i nocne nurkowania. Kotwiczyli wtedy przy rafach lub wysepkach.

- Najpiękniejsze były noce na morzu - opowiada Michał Szymczyk. - Leżeliśmy na pokładzie, a nad nami było tyle gwiazd, że aż nie do wiary. Rozgrzane powietrze było rozrzedzone, przejrzyste, czyste, bo przecież nie ma tam przemysłu. Coś niesamowitego. Równie niesamowite było Morze Czerwone. Po Wielkiej Rafie Koralowej to największy rezerwat raf. W wodzie wszelkie formy życia... Ogromne mureny: dwu-, trzymetrowe kolosy. Ryby napoleony jak spłaszczony karp, tylko wielkości fortepianu. Rozpuszczone przez turystów, podpływały i szczypały w pośladek, żeby dać im jedzenie.

Dzień i noc pod wodą

Pod wodą panuje cisza. Nie idealna - słyszy się własny oddech i wzbijające się przy wydechu bąbelki gazu. Wrażenie osamotnienia potęguje się jeszcze podczas pływania w nocy. W dzień woda jest pełna światła, w nocy pływa się z reflektorem. Wtedy morze jest mętne. Strumień światła wydobywa z mroku cały plankton.

Nocne pływania są bardzo niebezpieczne. W wodzie łatwo zabłądzić, oddzielić się od grupy, choć obowiązkiem jest pływanie przynajmniej w parze. Na wszelki wypadek nurek zabiera też dodatkowy reflektor stroboskopowy i gwizdek. Kiedy wypłynie na powierzchnię daleko od statku-bazy, włącza ten reflektor i gwizdkiem alarmuje załogę. Kotwiczący nocą jacht jest oświetlony i rzuca wokół boje informujące, że w wodzie są nurkowie. Pod jachtem z kolei zawieszona jest też bojka ze stroboskopem, wskazująca nurkom pozycję statku. Ale w mętnej, ciemnej wodzie widać ją ledwie z odległości 15 metrów.

- Pod wodą czyhają też inne niebezpieczeństwa - zaznacza Michał Szymczyk. - Przede wszyskim skorpeny. Zagrzebują się w dziurach na dnie i udają kamienie, kawałki rafy. Nie atakują człowieka, ale nieuważny nurek, który rybę nadepnie lub dotknie ręką, może oberwać kolcem jadowym. Trucizna może okazać się nawet śmiertelna. Przewodnicy przestrzegają też przed murenami. Chociaż nasz Arab znalazł jedną schowaną w dziurze i połaskotał w pysk. Ryba potulnie wypłynęła - miała ze dwa metry. Poruszała się wolno, ale to podobno pozór - potrafi być bardzo szybka. Wreszcie rekiny. Przepływały koło nas, nie atakując. Ale jest w nas zakodowany lęk przed tymi rybami - sam widok mrozi krew w żyłach.

Częstochowscy nurkowie czekali na kontakt z delfinami. Jednak wbrew opowieściom o ich towarzyskiej naturze nie pozwoliły zbliżyć się do siebie. Tylko Dawidowi Brzezińskiemu, studentowi plastyki na częstochowskiej Wyższej Szkole Pedagogicznej, udało się kiedyś podpłynąć do jednego i dotknąć go.

Cienie wojny

Ogromną atrakcją było zejście do leżących pod wodą wraków. Przeważnie były to statki transportowe z II wojny światowej i walk o Kanał Sueski. Największy - "Thistelgorm" - wiózł czołgi, lokomotywy, wozy pancerne, motocykle. - To było przedziwne - wspomina Michał Szymczyk. - Wrak leżał przechylony, zdeformowany, ogromny, jak statek jakiejś obcej cywilizacji. I nie miałem wrażenia, że tam przeszła śmierć. Dopiero kiedy zauważyłem otwarte drzwi do toalety i kołyszącą się w wodzie deskę sedesową, stół kapitański na mostku, poczułem dreszcze. I do tego lokomotywa na dnie morza, gotowa do odjazdu. Obrazek zupełnie absurdalny.

Dwutygodniowe pływanie część nurków kończyła egzaminem na wyższy II stopień w sportowej hierarchii. Musieli m.in. zejść na maksymalną dopuszczalną głębokość - 60 metrów. Zeszli na 63 metry. Obciążeni błyskawicznie opadli na dno. Tam spędzili z dwie minuty. Później mozolny powrót. Na dziewięciu, a potem trzech metrach konieczna dekompresja. Całe zejście trwało 45 minut, z tego ponad 35 - wynurzenie.

- Tego wszystkiego nie da się zapomnieć - mówi Michał Szymczyk. - Ledwie wróciliśmy, zaczęliśmy myśleć o powrocie. I wrócimy w przyszłym roku. Ja tym razem z 14-letnim synem.


powrót do spisu artykułów -->